Filip Zawada po raz kolejny udowadnia, że literatura potrafi być jak lustro, w którym odbija się nie tylko historia bohatera, ale i ukryte, często bolesne fragmenty naszego własnego życia. „Gdyby nie czerń” to książka o milczeniu i o tym, jak bardzo potrafi ono krzyczeć. O dorastaniu, które nie jest pasmem odkryć, lecz polem nieustannych zmagań – z nieobecnością, z pamięcią i ze światem, który nie daje odpowiedzi.
To proza, która ucieka przed prostymi kategoriami. Nie jest ani powieścią inicjacyjną, ani zapisem pamiętnika, choć korzysta z obu form. To raczej fragmentaryczna opowieść spleciona z półsłów, niedopowiedzeń i znaków, które czytelnik musi sam uzupełnić. Właśnie w tej nieoczywistości tkwi siła Zawady – zamiast podawać gotowe emocje, zmusza do ich własnego przeżycia.
Czerń z tytułu to nie tylko brak światła. To przestrzeń, która wciąga, ale jednocześnie daje możliwość zobaczenia więcej. To pustka po bliskich, których nie da się odzyskać, ale i tło, na którym wyraźniej odznacza się każdy najmniejszy ślad miłości, każde spojrzenie, każdy gest. Zawada pisze o bólu, który nie jest patetyczny, lecz codzienny, cichy, obecny jak oddech – i dlatego tak prawdziwy.
Najbardziej poruszające jest to, że autor nie szuka wielkich metafor. Operuje prostotą, która uderza mocniej niż najbardziej złożone zdania. W jednym akapicie potrafi zmieścić całą samotność dzieciństwa i całą niewypowiedzianą tęsknotę dorosłości. To książka, która wciąga czytelnika w intymny dialog – nie da się jej przeczytać obojętnie, bo każde słowo zostawia ślad, każde zdanie domaga się odpowiedzi w naszej pamięci.
„Gdyby nie czerń” jest więc czymś więcej niż literaturą o dorastaniu. To medytacja nad stratą, nad próbą odnalezienia własnego głosu w świecie, który często go nie słyszy. Zawada nie moralizuje, nie pociesza – on pokazuje, że samo przeżycie bólu, samo zmierzenie się z ciemnością, jest już formą światła.
To książka, która zostaje w człowieku na długo – jak echo słów, których nigdy się nie wypowiedziało.
Wydawnictwo: Znak


