„Wylinka” to powieść, która pulsuje między tym, co ulotne i tym, co pozostawia ślad. Szostak prowadzi czytelnika w głąb opowieści o przemianie, rozpiętej między cielesnością a duchowością, między codziennym znużeniem a cichym olśnieniem. Nie jest to książka łatwa, nie poddaje się prostemu streszczeniu ani zamknięciu w ramy fabularne — bo „Wylinka” to przede wszystkim doświadczenie.
Lektura tej powieści przypomina powolne zrzucanie kolejnych warstw skóry, w których utkwiły minione dni, wspomnienia, języki i gesty. To nie jest tylko historia o człowieku, który coś traci, ale także o człowieku, który próbuje odzyskać siebie w pustce po dawnym „ja”. Szostak pisze tak, jakby nie chciał opowiadać fabuły, lecz raczej medytować nad brzmieniem słów i tym, jak układają się one w ścieżkę, którą idzie czytelnik.
Proza w „Wylince” jest jednocześnie gęsta i przezroczysta. Autor nie ucieka od powtórzeń, rytmu, repetycji — to one budują wrażenie, że uczestniczymy w rytuale, w akcie przeobrażenia. Jest w tej książce coś z muzyki minimalistycznej, gdzie pozorne powtarzanie staje się stopniowym odsłanianiem różnicy, drobnego przesunięcia znaczeń.
Czytając, miałem poczucie, że Szostak opowiada również o samym pisaniu — o tym, że literatura zawsze jest rodzajem wylinki: stary język zostaje porzucony, by narodził się nowy, świeży, niepewny, ale pełen życia. W tym sensie „Wylinka” jest także książką autotematyczną, zapisem nieustannej próby wyjścia poza własny głos, poza to, co znane.
To powieść, która nie prowadzi za rękę. Raczej zostawia czytelnika w przestrzeni, gdzie trzeba samemu odnaleźć kierunek — i to właśnie jest jej największa siła. Nie daje odpowiedzi, ale otwiera. Nie kończy się — raczej wciąż trwa w nas, nawet po ostatniej stronie.
„Wylinka” to literatura w najczystszej postaci: nie gotowy obraz, lecz proces stawania się. Proces, w którym czytelnik uczestniczy całym sobą. I dlatego jest to książka, która długo nie pozwala o sobie zapomnieć.
Wydawnictwo: Powergraph


