Prowincje mojego imperium. Zamki świata.

Są książki, które czyta się, by dowiedzieć się czegoś więcej o świecie. Inne — by spotkać się z własnym milczeniem. „Prowincje mojego imperium. Zaimki świata” Czesława Markiewicza to książka rzadkiego rodzaju: nie tyle mówi, co rezonuje. To nie tom zapisany słowami, ale intymny sejsmograf myśli, który rejestruje drżenia istnienia — jego subtelne zaimki, jego prowincjonalne olśnienia i zapomniane epicentra. 

Już sam tytuł zapowiada mapę osobliwą. Markiewicz nie kreśli imperium potęg ani triumfów, lecz intymnych, rozproszonych przestrzeni — prowincji duszy, rozłożonych gdzieś pomiędzy językiem a doświadczeniem. Każdy wiersz, esej, notatka czy miniatura zawarta w tej książce przypomina próbę uchwycenia bytu, który wymyka się nazwie, ale zostawia po sobie ślad — najczęściej w postaci zaimka: „ja”, „ty”, „to”, „tamto”. Świat nie potrzebuje wielkich narracji — zdaje się mówić autor — potrzebuje spojrzenia, które potrafi się zatrzymać. 

Markiewicz pisze z czułością człowieka, który wiele zapomniał, ale jeszcze więcej pamięta sercem. Każda jego fraza nosi ślad świadomego milczenia, tego, które nie jest pustką, lecz rewersem języka. „Zaimki świata” to w istocie poetycki traktat o nieuchwytności — nie tylko sensu, ale i samego „ja”. Autor odsłania przed nami kruchą tożsamość, zbudowaną nie z faktów, lecz z półcieni, domysłów, rozmów niedopowiedzianych. 

To, co najcenniejsze w tej książce, to jej głęboka pokora wobec słów. Markiewicz nie szuka efektów, nie buduje literackich fajerwerków. Jego styl jest wyważony, przezroczysty, jakby chciał powiedzieć: „Nie patrz na język, patrz przez niego”. Czytając, czułem się tak, jakbym spacerował po starym ogrodzie, gdzie każde drzewo znało kogoś, kto odszedł, a każda ławka miała swoją historię — ale żadna z nich nie została mi podana wprost. Musiałem poczuć je sam. 

„Prowincje mojego imperium” to także książka o pamięci — nie tej wielkiej, podręcznikowej, ale o pamięci codziennej, cichej. Autor pisze o rzeczach pozornie błahych — zapachu chleba, cieniu ojca, fragmencie krajobrazu — ale każde z tych wspomnień staje się jak nitka, którą można rozpruć tkaninę świata i zajrzeć pod podszewkę realności. Tam właśnie żyje poezja Markiewicza — na styku jawy i snu, pomiędzy mową a milczeniem, pomiędzy imieniem a zaimkiem. 

To książka, która nie domaga się uznania. Ona po prostu trwa — jak kamień w ogrodzie, jak głos, który powraca w myśli po latach. I być może właśnie dlatego zostaje na długo. Bo przypomina, że prowincje — te zapomniane miejsca w nas — są najważniejszymi częściami naszego imperium. A zaimki, którymi mówimy o świecie, są w istocie wyznaniami miłości do istnienia, które nie potrzebuje wielkich nazw. 

Czesław Markiewicz oddaje nam książkę delikatną, a zarazem głęboką. „Prowincje mojego imperium. Zaimki świata” to nie tylko zbiór tekstów — to zaproszenie do bycia bardziej uważnym. W świecie przeładowanym krzykiem, jest to gest odwagi.

Wydawnictwo: Anagram

Jakub Jagiełło

Autor booksbyjagiello.pl

Przewijanie do góry