Współczesna polska poezja, zwłaszcza ta głęboko zanurzona w ontologicznym milczeniu, rzadko oferuje czytelnikowi przeżycie równie subtelne, a zarazem intensywne jak Tropy Czesława Markiewicza. To tom, który nie potrzebuje rozgłosu – wystarczy jeden uważny czytelnik, by jego wersy zapuściły korzenie w czasie i pamięci. I oto jestem, jednym z tych czytelników, którzy po lekturze Tropów nie potrafią już patrzeć na codzienność bez śladów jego delikatnych ingerencji.
Markiewicz jest poetą uważności – tej egzystencjalnej, a niekiedy niemal mistycznej – która czyni z rzeczy najmniejszych esencję życia duchowego. Tropy to nie tyle ścieżki wydeptane przez słowa, ile ślady obecności – ludzkiej, boskiej, krajobrazowej – w przestrzeni języka. Nie mamy tu do czynienia z poematem epickim, zbudowanym z ciężkich cegieł metafor, lecz raczej z poezją liścia opadającego na taflę jeziora. Niby nic – ale przecież zmienia wszystko.
Wiersze Markiewicza są oszczędne, skromne, ale nigdy ubogie. W ich milczeniu drzemie powaga ciszy, jaką niesie za sobą wiedza wyciszona do szeptu. Znakiem rozpoznawczym tego tomu jest nie tylko precyzja językowa, ale i szczególna uczciwość wobec istnienia. Autor nie popisuje się przed czytelnikiem, nie próbuje go uwieść – raczej zaprasza go do wspólnego zasłuchania się w świat, który wciąż jeszcze mówi, choć coraz ciszej.
Nie sposób nie zauważyć duchowej nuty tych utworów – ale nie jest to religijność nachalna ani dekoracyjna. To raczej pewna forma egzystencjalnego wsłuchania w to, co większe od nas: w czas, w trwanie, w znaki, które świat zostawia na marginesach codzienności. Tytułowe „tropy” to nie tylko ślady, ale i poszlaki – sygnały, że istnieje głębszy porządek, którego sens wymyka się logice i wymaga od czytelnika cierpliwego rozczytywania.
Czesław Markiewicz przypomina, że poezja nie musi krzyczeć, by poruszać. W świecie, który coraz częściej domaga się szybkich wrażeń i mocnych efektów, jego Tropy są jak powrót do domu po długiej nieobecności – skromne, ciche, ale pełne światła. To książka do noszenia w sobie, nie na pokaz.
Czytając ją, miałem wrażenie, że nie tyle poznaję nową literaturę, ile powracam do czegoś pierwotnego, jeszcze nie skażonego pośpiechem i nadmiarem. W tym sensie Tropy nie są tylko poezją – są także gestem oporu wobec zgiełku, pochwałą obecności i zapisem tego, co ulotne, ale prawdziwe.
Wydawnictwo: Adam Marszałek


