Niewinne miasto – Czesław Markiewicz

W literaturze, rzadko kiedy spotykamy się z miastem, które nie tylko jest tłem, ale też milczącym sumieniem opowieści — niby martwe, a jednak pulsujące podskórnym rytmem ludzkich win, złudzeń i przemilczeń. Takie właśnie jest „Niewinne Miasto” Czesława Markiewicza — książka, która nie tyle opowiada historię, co ją sączy, jak deszczowe światło przez zabrudzone okna kamienic o poranku.

 Już sam tytuł rodzi niepokój. „Niewinne”? Ale wobec czego? I czy to naprawdę miasto jest niewinne, czy może jego mieszkańcy, zbyt głęboko zakopani w codzienności, by dojrzeć własną odpowiedzialność? Markiewicz w sposób godny pisarzy pokroju Sebalda czy Schulza prowadzi nas przez ulice i zakamarki przestrzeni, która bardziej przypomina mapę psychologiczną niż geograficzną. Każda ulica, każdy dom i podwórko stają się świadkami zdarzeń nie tyle spektakularnych, co druzgocąco cichych — zdrady bez głośnych wybuchów, miłości niezdolnej do słów, śmierci rozgrywającej się w niedopowiedzianym geście. 

Styl Markiewicza jest nienachalny, ale precyzyjny. Potrafi jednym zdaniem otworzyć w czytelniku szczelinę, przez którą zaczyna sączyć się wątpliwość, nostalgia, lęk. Nie epatuje patosem, nie szuka dramaturgii na siłę — ufa słowu, ufa ciszy, ufa czytelnikowi. To pisarz, który wie, że najgłębsze dramaty rozgrywają się nie w krzyku, ale w zawieszeniu głosu. W tym sensie „Niewinne Miasto” to książka pisana pomiędzy wierszami, a może nawet — pomiędzy oddechami. 

Bohaterowie? A może raczej cienie ludzi, których mijamy codziennie: urzędnik o dłoniach jak klatki na wróble, nauczycielka, której spojrzenie zasnuwa kurz nieodczytanych listów, dziecko błąkające się po ruinach, jakby szukało minionego czasu. Markiewicz nie oferuje czytelnikowi łatwych identyfikacji. Każda postać jest jednocześnie sobą i czymś więcej: archetypem, lustrem, zagadką. 

To także powieść o pamięci. Ale nie tej historycznej, wielkiej, z pomników i podręczników. To pamięć codzienna — ulotna jak zapach chleba, jak brzmienie imienia wypowiedzianego półgłosem. Pamięć, która nie daje spokoju, nawet jeśli została zepchnięta pod fundamenty kamienic, ukryta w starych fotografiach, zatarta przez czas. W „Niewinnym Mieście” każde miejsce, każda rzecz i każda postać nosi w sobie warstwy — jak palimpsest, który domaga się ponownego odczytania. 

Nie sposób też nie wspomnieć o subtelnej grze z metafizyką. Markiewicz nie ucieka się do tanich cudów ani religijnych tropów, ale gdzieś w tle tej prozy pobrzmiewa pytanie o sens, o granicę między przypadkiem a przeznaczeniem, między obecnością a nieobecnością. Czy miasto może pamiętać? Czy może przebaczać? A może jest tylko lustrem — i to my, mieszkańcy, musimy odpowiedzieć, co tak naprawdę widzimy? 

„Niewinne Miasto” to książka, którą trzeba czytać wolno. Nie da się jej połknąć w jeden wieczór. To powieść, która raczej sączy się w człowieka niż narzuca. I zostaje — długo po ostatnim zdaniu, długo po zamknięciu okładki.

Wydawnictwo: Stowarzyszenie PIDR

Jakub Jagiełło

Autor booksbyjagiello.pl

Przewijanie do góry