Kiedy bierze się do rąk książkę Joanny Ostaszewskiej „Mamolot”, trudno od razu zdefiniować, czym ona właściwie jest: czy opowieścią utkanym ze wspomnień, czy metaforą podróży, czy też poetyckim zapisem chwil, których nie da się zatrzymać inaczej niż w literaturze. To książka, która wymyka się prostym określeniom — i właśnie w tym tkwi jej największa siła.
Ostaszewska prowadzi czytelnika w przestrzeń, gdzie granica między realnością a wyobraźnią zaciera się niemal niezauważalnie. „Mamolot” nie jest zwykłym środkiem transportu — to wehikuł pamięci i emocji, miejsce, w którym wspomnienia splatają się z marzeniami, a dziecięca wrażliwość spotyka się z dorosłym doświadczeniem. Autorka pokazuje, że lot w głąb siebie może być równie niezwykły i pełen przygód jak wyprawa w najodleglejsze zakątki świata.
Najbardziej zachwyca język tej książki: lekki, pełen obrazów, a jednocześnie nasycony czułością. To język, który nie tylko opisuje, ale i dotyka — potrafi przywołać zapach dzieciństwa, echo rozmów sprzed lat, rytm serca przyspieszający na myśl o utraconych chwilach. Ostaszewska operuje słowem tak, jak malarz operuje światłem — wydobywa to, co niewidoczne na pierwszy rzut oka, a jednak fundamentalne dla zrozumienia samego siebie.
„Mamolot” to także książka o więziach — tych, które łączą nas z innymi, i tych, które splatają nasze życie z czasem. W tle pojawia się pytanie o to, czy pamięć jest kotwicą, czy może żaglem. Odpowiedzi nie są podane wprost, bo autorka pozostawia miejsce na własne doświadczenia i interpretacje czytelnika.
Jako recenzent i jako czytelnik czułem się podczas lektury tak, jakbym siedział przy otwartym oknie, przez które wpada wiatr niosący zapach dzieciństwa i tęsknoty. To rzadki dar — stworzyć tekst, który nie tyle się czyta, ile przeżywa.
„Mamolot” Joanny Ostaszewskiej nie jest książką, którą się odkłada i zapomina. Ona zostaje w człowieku, niczym lot, którego nie da się powtórzyć, ale którego ślad pozostaje w sercu na zawsze.
Wydawnictwo: Mamiko


