W świecie, w którym prawda coraz częściej musi przebijać się przez gąszcz pozorów, Marcin Kołodziejczyk w „Bladze” pisze prozą, która nie tyle demaskuje, co rani — celnie i bez znieczulenia. To książka, która nie chce się podobać. I całe szczęście.
Kołodziejczyk tworzy przestrzeń między reportażem a prozą, językowym kabaretem a egzystencjalnym manifestem. To nie jest opowieść, którą się śledzi — to opowieść, którą się znosi. I to właśnie stanowi jej siłę. „Blaga” nie pozwala czytelnikowi pozostać niewinnym. Każe pytać o to, co w naszym świecie jest prawdziwe, a co zaledwie dobrze ucharakteryzowaną wersją życia. Tu wszystko może być kostiumem: prowincja, duma, przeszłość, miłość — a nade wszystko język.
Styl Kołodziejczyka jest jak zgrzyt hamulców w pociągu jadącym donikąd. Szorstki, chropawy, nieobrobiony. Ale nie jest to bylejakość — to zamierzony, pieczołowicie skonstruowany zgrzyt literacki. To język, który przypomina popękane lustro — każde zdanie odbija nieco inną wersję rzeczywistości, a wszystkie razem tworzą obraz Polski, której nie pokazuje się w reklamach i folderach turystycznych.
„Blaga” to nie tyle książka, co literacki gest. Akt rozpaczy i zarazem czułości wobec świata, który autor zna zbyt dobrze, by móc go idealizować, i zbyt mocno kocha, by móc go po prostu przekląć. Kołodziejczyk nie szuka wielkich narracji — znajduje małe prawdy w brudnych zakamarkach języka, w zdaniach ledwo skleconych, ale bolesnych jak zadra w świadomości.
To proza, która nie chce zasypiać w rękach czytelnika. Zamiast tego — zostaje jak opiłek pod powieką.
Marcin Kołodziejczyk stworzył książkę, która nie chce być mądra ani ładna. Ale za to jest prawdziwa. Prawdziwa w sposób, który boli — i za który chce się mu podziękować.
Wydawnictwo: Wielka Litera


