Są książki, które czyta się oczami. Inne – sercem. Poufne Mikołaja Grynberga wymyka się obu kategoriom. To książka, którą się słyszy. W ciszy własnych myśli, między biciem serca a niedopowiedzianym słowem. To szepty cudzych opowieści, które nagle, z niepokojącą precyzją, zaczynają brzmieć jak nasze własne.
Grynberg jest mistrzem słuchania. Od lat wsłuchuje się w ludzkie historie tak, jakby każdy człowiek był oddzielną planetą, na której można osiedlić się choćby na chwilę, zanim zgaśnie światło. W Poufnych idzie jednak krok dalej — tu już nie tylko zapisuje, ale współodczuwa. Zamiast mikrofonu – otwarte serce. Zamiast dyktafonu – wewnętrzne poruszenie. A z tego poruszenia rodzi się literatura intymna, szczera aż do bólu i jednocześnie pełna czułości dla niedoskonałości człowieka.
To nie jest książka do połykania. Raczej – do noszenia przy sobie, jak list, którego nikt nie odważył się wysłać. Opowieści zawarte w Poufnych są jak fotografie zrobione bez flesza: nieostre, drżące, przez to właśnie prawdziwe. Bohaterowie są zwyczajni – i właśnie przez to niezapomniani. Mówią o przemilczeniach, lękach, miłości, żydowskiej tożsamości, której nie da się oderwać od ciała jak plastra. A jednak nigdy nie wpadają w ton oskarżenia. Raczej — zapraszają do współobecności. Do bycia świadkiem.
W tych historiach nie ma efektownych zwrotów akcji. Ich siła tkwi w powtarzającym się geście: ktoś mówi, ktoś słucha. W świecie, który coraz mniej słucha, Poufne staje się rodzajem kontraktu — jeśli już mówisz, zrobię wszystko, by cię usłyszeć. I nie tylko usłyszeć, ale zapamiętać.
Dla mnie lektura Poufnych była czymś więcej niż spotkaniem z książką. To było spotkanie z drugim człowiekiem – nie jednym, lecz wieloma – i z pytaniem, które powraca jak refren: co zrobimy z cudzą pamięcią, kiedy stanie się częścią naszej?
Grynberg nie daje łatwych odpowiedzi. Ale też nie musi. Bo czasem najważniejsze, co można zrobić, to po prostu być. Z kimś. Obok. I milczeć razem, tak jak po ostatnim zdaniu tej książki.
Wydawnictwo: Czarne


