Są książki, które otwierają się jak okno — wpuszczając światło do ciemnego pokoju. Ale są też takie, które niczym lustro ustawione naprzeciwko duszy, pokazują nie tylko to, co widzialne, ale przede wszystkim to, co długo było niewidzialne. „Anna i Pan B.” Jakuba Zająca należy do obu kategorii naraz. To debiut zaskakująco dojrzały, książka, która nie prosi o uwagę — ona ją sobie bierze. Cicho. Czułością. Prawdą.
Spotkanie Anny i Pana B. — postaci, które równie dobrze mogłyby istnieć na marginesie codzienności, gdyby nie ich intymna, bolesna, ale też ocalająca opowieść — nie jest romansem, choć blisko mu do miłości. Nie jest też dramatem, choć wszystko w tej historii pulsuje dramatem istnienia. To raczej zapis cichego, niemal mistycznego zbliżania się dwojga ludzi — złamanych, pogubionych, wystawionych na działanie świata, który nie zna miłosierdzia. Zając pisze tak, jakby znał tajemny alfabet emocji — jego język jest klarowny, a zarazem pełen poetyckiej mgły, jak poranek po nieprzespanej nocy.
To, co w tej powieści najważniejsze, rozgrywa się w półcieniach. Nie w wielkich gestach, ale w drobnych znakach — w spojrzeniu, które zatrzymuje czas; w zdaniu, które przerywa ciszę; w dotyku, który nie potrzebuje zgody, bo niesie ukojenie. Zając unika patosu, ale nie unika głębi. Pisze o depresji i kruchości z takim zrozumieniem, że aż boli. Ale to ból oczyszczający — ból, który nie zostawia blizn, lecz ślady obecności.
Pan B. — postać, która mogłaby być kimkolwiek: terapeutą, przyjacielem, duchowym przewodnikiem — staje się lustrem dla Anny, a jednocześnie dla czytelnika. Jego rola jest pozornie bierna, a jednak fundamentalna. Dzięki niemu Anna odzyskuje siebie, kawałek po kawałku. I my też, czytając, zaczynamy wracać do siebie — z miejsc, w które nie chcieliśmy zaglądać.
„Anna i Pan B.” nie kończy się w ostatnim akapicie. Ona trwa — w nas, po cichu, jak echo rozmowy, która nie miała prawa się wydarzyć, a jednak się wydarzyła. To książka, którą chciałoby się podarować każdemu, kto cierpi w milczeniu. I każdemu, kto nie rozumie, czym jest cierpienie.
Jakub Zając nie napisał po prostu dobrej powieści. Napisał książkę potrzebną. A to już zupełnie inna kategoria literatury.
Wydawnictwo: Wielka Litera


