Na obrzeżach literatury współczesnej, gdzie granica między realnym a symbolicznym coraz częściej się zaciera, „Dziczek” Jakuba Zająca pojawia się niczym dziki kiełek w pęknięciu betonu – nieproszony, ale potrzebny. To nie jest książka, która stara się być gładka czy wygodna. Wręcz przeciwnie – drapie, uwiera, rośnie w sercu i nie pozwala się wyplenić.
Od pierwszych stron autor prowadzi nas przez gęstwinę myśli i doświadczeń, jakbyśmy wchodzili do lasu, który jednocześnie rośnie w człowieku. Dziczek – bohater i metafora – to nie tylko postać, ale stan. Stan istnienia poza centrum, poza oczekiwaniami, poza formą. W jego cieniu poruszają się pytania o to, czym jest przynależność, tożsamość, bliskość i samotność – ale nie znajdziemy tu gotowych odpowiedzi. Zając nie moralizuje, nie tłumaczy świata – on go czuje. I to czucie jest tak organiczne, tak cielesne, że niemal słyszymy, jak język staje się ciałem.
Styl Zająca przypomina mi podszyty wilgocią mech – język miękki, a jednak sprężysty, pełen drobnych połamań, zawahań i przerw, które więcej mówią niż słowa. W jego pisaniu czuć ciszę – ale nie pustą, lecz nabrzmiałą. Każde zdanie zdaje się wyłaniać z milczenia i powracać do niego jak oddech w ciemnym lesie.
„Dziczek” nie jest historią do przeżycia – to doświadczenie do przepuszczenia przez własne nerwy. To książka, która nie zostaje na półce. Ona zostaje pod skórą. Przypomina, że każdy z nas nosi w sobie jakąś dzikość – czasem przytłumioną, czasem zapomnianą, a czasem tak silną, że aż boli.
Czytając „Dziczka”, miałem poczucie, jakby autor dotknął czegoś pierwotnego – tej warstwy człowieczeństwa, którą trudno uchwycić słowami, a jeszcze trudniej wyrazić. A jednak Zając to zrobił – nie po to, by olśnić formą, ale by dać głos temu, co zwykle milczy.
I za ten głos – niepokorny, prawdziwy, pięknie nieoswojony – jestem mu głęboko wdzięczny.
Wydawnictwo: Wielka Litera


