Gdy zamknąłem ostatnią stronę Stramera, nie usłyszałem ciszy. Usłyszałem szept przeszłości. Długo we mnie brzmiał. Nie był to jednak szept sentymentalny ani nostalgiczny. To był głos pamięci — uporczywej, niewygodnej, pięknej w swojej zwyczajności, jak codzienność, którą próbuje się zamknąć w zdaniu, a która zawsze ucieka między przecinkami.
Mikołaj Łoziński pisze nie tak, jak się dzisiaj pisze — ale tak, jak się dzisiaj czuje, jeśli czuje się głębiej niż powierzchnia ekranu. W jego Stramerze odnajduję formę i ton, które przypominają śpiew żydowskiego kantora tuż przed zmierzchem — nieśpieszny, czuły, a zarazem przesiąknięty niepokojem o to, co nadejdzie. Bo przecież historia rodziny Stramerów z Tarnowa to nie tylko opowieść o jednym domu, jednym ojcu marzycielu i jednej matce pragmatycznej do bólu, to nie tylko opowieść o dzieciach rozchodzących się na wszystkie strony świata (i ideologii) — to przede wszystkim ciche pytanie o to, co się dzieje z losem, gdy nikt już nie słucha.
Łoziński nie konstruuje fabuły. On ją tka. Z rozmów przy stole, z oddechów między wersami, z milczeń, które są bardziej wymowne niż całe dialogi. Pisze językiem pełnym oszczędności, a jednak przesyconym uczuciem. Każde zdanie ma tu swoją wagę, każde imię swoją historię. A całość przypomina zdjęcie rodzinne sprzed lat — może trochę pożółkłe, ale bijące z niego ciepło nie daje o sobie zapomnieć.
Zadziwia mnie, jak autor potrafi mówić o tragizmie bez patosu, o śmieszności bez cynizmu, o polityce bez ideologii, a o tożsamości bez banału. Tak jakby Stramer był nie tylko książką, ale próbą znalezienia nowego języka dla świata, który odszedł, i dla ludzi, którzy nie chcieli być bohaterami — chcieli tylko żyć. Może właśnie dlatego ich losy poruszają mnie mocniej niż niejeden manifest czy dramat.
Tarnów z Stramera nie jest tylko miastem. To przestrzeń duszy. To skrzyżowanie ulic, na którym spotykają się nadzieja, ironia, rezygnacja i czułość. I choć wiemy, że cień wojny już się zbliża, Łoziński nie ucieka w historię z wielkiej litery. On zostaje z ludźmi. A może właśnie dlatego zostaje z czytelnikiem jeszcze długo po zakończeniu lektury.
W świecie, w którym pamięć coraz częściej przegrywa z pośpiechem, Stramer jest jak fotografie wyciągnięte z zakurzonej szuflady — nie po to, by zamknąć przeszłość w ramce, ale po to, by spojrzeć jej w oczy i zrozumieć, że nie ma nic bardziej aktualnego niż to, co już się wydarzyło.
Wydawnictwo: Literackie


