Kandydat - Jakub Żulczyk
Nieczęsto zdarza się książka, która nie tyle opowiada historię, co wbija ją w czytelnika jak cierń w skórę, boleśnie, do krwi – a jednak nie pozwala przestać przewracać kolejnych stron. „Kandydat” Jakuba Żulczyka to właśnie taka powieść: bezwzględna, przenikliwa i na wskroś polska, w tym wszystkim jednak zaskakująco uniwersalna.
Nie da się przejść obojętnie wobec tej książki, bo nie próbuje ona się podobać. „Kandydat” nie kokietuje. On zdziera skórę, warstwa po warstwie, aż do rdzenia, którym nie jest ani polityka, ani kampania wyborcza, ani medialny cyrk – choć wszystkie te elementy są tu obecne. W rzeczywistości to gorzka, mroczna przypowieść o człowieku, który przestaje być sobą, bo zbyt długo patrzy w lustro odbijające cudze oczekiwania.
Żulczyk po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najważniejszych głosów współczesnej polskiej prozy. Nie dlatego, że głośno krzyczy – ale dlatego, że mówi prawdę. Niekiedy brutalną, innym razem gorzką, ale zawsze boleśnie trafną. Jego język jest jak sztylet: cięty, precyzyjny, literacko piękny w swojej bezwzględności. Każde zdanie niesie ze sobą napięcie – jakby autor pisał je na granicy gniewu i rezygnacji.
„Kandydat” to powieść o pustce – tej, którą zostawia po sobie władza, sława, uznanie. To opowieść o człowieku, który miał być kimś, a staje się nikim. To nie polityczny thriller – choć rytm narracji, tempo wydarzeń i konstrukcja przypominają kino najwyższej próby. To psychologiczna tragedia, w której nie ma katharsis, tylko długa noc.
Czytałem „Kandydata” z narastającym niepokojem. I może właśnie o to chodzi – żeby po tej lekturze nie spać spokojnie. Żeby zrozumieć, jak łatwo można zgubić siebie w świecie, który wszystko przemiela, wypluwa i zapomina. Żeby usłyszeć ten głuchy, ciężki dźwięk – jakby pękało coś w środku.
„Kandydat” to książka, której się nie zapomina. Nie daje na to szansy. Ani czytelnikowi, ani samemu sobie.
Wydawnictwo: Świat Książki


