Wierszeje – Czesław Markiewicz

Są książki, które milczą dźwięcznie. I są poeci, którzy nie tyle piszą, co wsłuchują się w świat – a potem z tej ciszy układają słowa. Tak właśnie czyni Czesław Markiewicz w swoim tomie „Wierszeje”. Już sam tytuł, niepokorny wobec słownikowej normy, zwiastuje przekroczenie. I to nie tylko granicy języka, ale także tego, co da się uchwycić rozumem. Markiewicz nie pisze „wierszy”. On „wierszeje” – jakby ten czasownik był ruchem ducha, formą istnienia, stanem skupienia duszy na pograniczu snu i jawy. 

Czytałem „Wierszeje” nie jak zbiór utworów, ale jak zapis głębokiego dialogu z niewidzialnym. Z tym, co krąży nad nami jak echo dawnych modlitw, i z tym, co uwięzione w ciele codzienności. Każdy utwór to osobne otwarcie okna – raz na przeszłość, raz na pejzaż, raz na tajemnicze „teraz”, które w poezji Markiewicza zawsze staje się przestrzenią przejścia. 

Poezja ta jest niezwykle uważna – nie goni za efektem, nie próbuje błyszczeć. Ona się osadza, jak rosa o świcie na źdźble milczenia. Autor nie unika prostych słów, ale z prostoty wydobywa wielowymiarowość, która potrafi zaskoczyć czytelnika nagłym światłem sensu. W jego wersach nie ma patosu, ale jest głęboka powaga. Nie akademicka – raczej ta, która rodzi się z wieloletniego zamieszkiwania w języku i życiu. 

Uderza mnie w tej książce brak pośpiechu. W świecie, który coraz szybciej obraca się wokół siebie, Markiewicz pisze tak, jakby istniał inny zegar – zegar wierszejący. Zegar, który mierzy czas nie w sekundach, lecz w drganiach serca i przesunięciach światła. To poezja, która przypomina, że istnieje rytm głębszy niż bieg wydarzeń – rytm istnienia. 

Jest w „Wierszejach” również jakaś czułość wobec języka, który nie jest narzędziem, lecz bliskim krewnym. Markiewicz pisze tak, jakby każde słowo było czymś więcej niż znakiem – jakby było ciałem, które niesie oddech, pamięć i pragnienie. I kiedy czytam te wiersze, czuję, że obcuję z czymś, co nie chce się podobać, lecz chce być obecne. A to dziś rzadkość. 

Nie znajdziemy tu wielkich manifestów ani krzyków. Ale znajdziemy coś cenniejszego – zgodę na niewyrażalne. Markiewicz wie, że poezja nie zawsze musi odpowiadać. Czasem wystarczy, że zapyta. A czasem – że po prostu w milczeniu „jest”. 

„Wierszeje” to tom, który nie krzyczy z księgarniowych półek. Ale kto raz go otworzy, ten zrozumie, że poezja wciąż potrafi być drogą. I że są jeszcze tacy poeci, którzy nie szukają sceny, lecz miejsca, gdzie można w spokoju zasłuchać się w świat.

Wydawnictwo: Dom Literatury w Łodzi

Jakub Jagiełło

Autor booksbyjagiello.pl

Przewijanie do góry