„Urodziny” Weroniki Murek to książka, która przypomina nie tyle literaturę pisaną, ile literaturę szeptaną – jakby ktoś opowiadał nam historię zza zasłony, między jawą a snem, w przestrzeni, gdzie każde zdanie zostaje jeszcze długo po tym, jak przestaje być czytane. Murek tworzy prozę, w której codzienność – na pozór zwyczajna, nawet pospolita – zostaje przełamana czułym pęknięciem absurdu i lekkim przechyleniem ku temu, co niewytłumaczalne.
Nie znajdziemy tu prostych opowieści o bohaterach zmierzających ku jednoznacznemu celowi. Zamiast tego autorka prowadzi nas w rejony, gdzie zwykła rozmowa może otworzyć drzwi do metafizyki, a gest, z pozoru błahy, nagle urasta do rangi znaku, którego sensu nie sposób wyczerpać. „Urodziny” stają się literackim rytuałem – przypomnieniem, że samo życie jest rodzajem święta, które rozgrywa się w cieniu końca i w blasku chwilowego początku.
Proza Murek fascynuje swoją nieoczywistością. Jej język bywa oszczędny, jakby pisany w rytmie krótkiego oddechu, ale każdy niedopowiedzenie otwiera szeroką przestrzeń dla wyobraźni czytelnika. Czasami zdaje się, że autorka igra z logiką, wciągając nas w literacki labirynt, a czasami – że proponuje subtelną formę duchowej medytacji. To właśnie w tej chwiejności, w tym balansie pomiędzy groteską a kontemplacją, tkwi niezwykła siła książki.
„Urodziny” czyta się jak przypowieść o naszej nieustannej obecności wobec tego, co niepewne. To książka o pamięci, o mijaniu, ale także o małych olśnieniach, które potrafią na moment zatrzymać czas. Murek nie daje gotowych odpowiedzi – pozostawia raczej fragmenty, obrazy, sploty myśli, które każdy czytelnik musi poukładać na własny sposób.
Dla mnie „Urodziny” są lekturą, która przypomina, że w literaturze najpiękniejsze nie zawsze jest to, co rozpoznane, lecz to, co nie daje się nazwać, a jednak zostaje z nami jak echo – długo po zamknięciu książki.
Wydawnictwo: Czarne


