Niektóre książki nie opowiadają historii — one nią są. Nie prowadzą nas przez fabułę, lecz przez stan skupienia, przez chwilę, która staje się egzystencjalnym szeptem. Taka właśnie jest Godzina wieloryba Radki Franczak — powieść-niepowieść, fragment pamięci utkany z tego, co przemilczane. Jej bohaterowie milczą, ale to milczenie rozsadza strony. Ich ciała mówią więcej niż słowa, a wspomnienia są nieustannym echem życia, które nie miało prawa być proste.
Franczak pisze z delikatnością, która nie wynika ze słabości, lecz z odwagi — z odwagi widzenia świata takim, jaki naprawdę jest. W Godzinie wieloryba nic nie jest oczywiste, a to, co zostaje powiedziane, zawsze ma podwójne dno. Jej proza jest jak woda: przezroczysta, a jednak nieprzenikniona, miękka, a zarazem niemożliwa do złapania w dłonie.
Tytułowy wieloryb nie jest tylko metaforą — jest obecnością. Jego cień, jego rytmiczne wynurzanie się spod powierzchni, staje się dla bohaterki nie tyle spotkaniem z naturą, ile konfrontacją z własną głębią. Wieloryb to pramatka, to trauma, to miłość, która nie zdążyła się wydarzyć. A może właśnie się wydarzyła — w pełni, poza językiem.
Czytałem Godzinę wieloryba powoli, z nabożeństwem, jakby każde zdanie było modlitwą do nieznanego bóstwa, które mieszka w człowieku. Zdarzało mi się przerywać lekturę, żeby spojrzeć w okno — nie z roztargnienia, ale z potrzeby. Bo ta książka nie pozwala po prostu iść dalej. Ona zatrzymuje. Zmusza do przemyślenia siebie — nie przez wielkie pytania, lecz przez drobne drżenia. Jak wtedy, gdy pod palcami czujemy oddech drugiego człowieka, którego już nie ma.
Franczak tworzy portret intymności — tej trudnej, skomplikowanej, pełnej zranień, a jednak trwającej. Pisze o kobiecości nie jak o tożsamości, lecz jak o doświadczeniu, które nieustannie się rozpada i na nowo składa z głosów matek, córek, kochanek i samotnych cieni.
Godzina wieloryba nie daje ukojenia. Ale daje coś może ważniejszego — zgodę na bycie niedokończonym. Na pamiętanie i zapominanie jednocześnie. Na tę szczególną godzinę w naszym życiu, kiedy przestajemy być sobą, a stajemy się tym, kim byliśmy zawsze — tylko bardziej.
Radka Franczak napisała książkę, która nie potrzebuje wielkich słów, by pozostać z czytelnikiem na długo po ostatniej stronie. Bo prawdziwe wieloryby nie odpływają. One tylko ukrywają się w głębi — czekając na naszą gotowość, by je znów usłyszeć.
Wydawnictwo: Cyranka


