Są książki, które otwierają przed nami światy nieznane. Są też takie, które — zamiast ucieczki — oferują powrót. Nie w sensie geograficznym czy nawet czysto emocjonalnym, ale głębiej: ku sobie samemu, do punktu, z którego rozchodzą się wszystkie późniejsze ścieżki. „Wszystko będzie dobrze” Agaty Szymańskiej to właśnie taka książka — dyskretna podróż ku źródłom wewnętrznej siły, ukrytym pod warstwami codzienności, zmęczenia i milczenia, które gromadzi się w człowieku jak kurz w kątach nieodwiedzanych pokoi.
Autorka nie krzyczy, nie epatuje nieszczęściem ani nie próbuje nas przekonać, że życie to coś prostego. Wręcz przeciwnie: oddaje głos postaciom, które zmagają się z tym, co niedopowiedziane, z bólem, który nie znajduje ujścia w słowach, a także z czułością, która nie potrafi się wyrazić, choć aż pulsuje pod skórą. Jej proza jest cicha, ale gęsta. Każde zdanie zdaje się ważone, każde spojrzenie między bohaterami — jakby dłuższe, bardziej znaczące niż potok dialogów. Czytelnik uczy się tu innego tempa. Przestaje gonić.
To opowieść o kobiecie, która — choć nie jest „wyjątkowa” w oczach świata — okazuje się niezwykła w swojej codziennej walce o sens. Nie mamy do czynienia z narracją triumfu ani porażki. Raczej — z medytacją o kruchości, z zapisem prób i błędów, z oddechem pomiędzy dramatem a nadzieją. Właśnie w tym oddechu mieści się największa wartość tej książki: Szymańska nie moralizuje, nie podsuwa gotowych odpowiedzi. Ona pozwala czytelnikowi pobyć — z sobą samym, z emocją, która w zwykłym życiu często zostaje spychana na margines.
Proza Szymańskiej nosi w sobie coś z ciszy popołudnia w niewielkim miasteczku, z dźwięku łyżeczki stukającej o porcelanowy brzeg filiżanki, z cienia przesuwającego się po ścianie w długie letnie popołudnie. To nie jest książka spektakularna. Ale właśnie dlatego jest tak potrzebna.
„Wszystko będzie dobrze” — ten tytuł, na pierwszy rzut oka banalny, w kontekście całości zyskuje nową głębię. To nie jest obietnica ani slogan. To szept. To troskliwe „jestem” wypowiedziane wtedy, gdy najbardziej trzeba. I może dlatego książka Szymańskiej zostaje w czytelniku jeszcze długo po ostatniej stronie — nie jako historia, ale jako obecność. Jak ktoś, kto nie zniknął, choć wszystko wokół mówiło, że już czas się pożegnać.
To nie jest książka, którą się „czyta”. To książka, w której się zostaje.
Wydawnictwo: E-bookowo


