Są książki, które czyta się oczami. Są takie, które czyta się sercem. „Niezniszczalny” należy do tej drugiej kategorii – jest jak lustro, w którym przegląda się każdy, kto choć raz poczuł, że życie postawiło przed nim mur nie do przejścia.
Rozmowa Anny Matusiak-Rześniowieckiej z Łukaszem Krasoniem to nie tylko zapis dialogu, ale przestrzeń, w której padają słowa niosące więcej niż zwykłe znaczenia. One nie zatrzymują się na powierzchni – wchodzą głęboko, jakby chciały przewietrzyć nasze lęki i przewartościować definicję siły.
Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że każde zdanie jest jak kolejne oddechy człowieka, który wie, czym jest kruchość, a mimo to decyduje się żyć na pełnej mocy. Dla mnie, osoby poruszającej się na wózku inwalidzkim, nie była to lektura „o kimś takim jak ja”, ale spotkanie z kimś, kto udowadnia, że granice istnieją przede wszystkim w naszych głowach. Nie poczułem litości, nie poczułem dystansu – poczułem prawdę.
Łukasz Krasoń nie ucieka od trudnych tematów. Mówi o bólu, który nie jest metaforą, o ograniczeniach, które nie znikają magicznie po kilku motywacyjnych frazach. A jednak w tym wszystkim jest światło. To światło nie jest tanim optymizmem – jest wyborem. Czytając, zrozumiałem, że heroizm nie polega na tym, by nigdy się nie złamać, ale by wstać w momencie, w którym każdy inny by się poddał.
Ogromną wartością tej książki jest jej szczerość. Nie ma tu cukru, nie ma landrynkowej inspiracji. Jest prawdziwe życie – z jego bólem, śmiechem, wątpliwościami i zwycięstwami, które może nie mieszczą się w rankingach, ale ważą więcej niż medale.
„Niezniszczalny” to książka, którą czyta się nie tylko dla słów, ale dla milczeń między nimi. To one mówią najwięcej.
Po jej zamknięciu zostało we mnie jedno zdanie, które powtarzam jak mantrę: „Możesz być więźniem ciała, ale nigdy nie pozwól, by twoje myśli miały kratę.”
Dziękuję za tę rozmowę – nie tylko autorom, ale również samemu sobie, że byłem gotów ją odbyć.
Wydawnictwo: Wielka Litera


