Radia Armageddon - Jakub Żulczyk
Gdy kończyłem lekturę „Radia Armageddon”, miałem wrażenie, jakbym zszedł z ringowej maty, z obitą duszą
i łoskotem w głowie, który nie chciał ucichnąć. To nie jest książka, którą się „czyta” – to książka, która cię bierze za fraki, wrzuca do rynsztoka polskiej młodości i każe ci tam leżeć, aż sam zrozumiesz, czym jest ból, bunt i prawda wykrzyczana przez zaciśnięte gardło.
Jakub Żulczyk stworzył powieść młodzieńczą – ale nie młodzieżową. To opowieść o tym, co w duszy drży, co się rozpada i co chce się spalić. „Radio Armageddon” to krzyk pokolenia, które nie wierzy już w nic, poza własnym bólem, hałasem i próbą znalezienia sensu tam, gdzie nawet Bóg nie chce zaglądać. Żulczyk nie moralizuje – on wnika w serca i trzewia, pisze tak, jakby każda linijka była ostatnią deską ratunku przed ostatecznym upadkiem.
Mamy tu zespół – czterech chłopaków, którzy nie chcą grać tylko muzyki, chcą poruszyć świat. Ale to nie jest historia sukcesu, to nie jest bajka o self-made heroes. To historia o tym, że system, szkoła, rodzice i wszystko, co miało trzymać nas
w pionie, zamieniło się w betonowy mur,
o który z premedytacją rozwalamy sobie głowy. Żulczyk nie ubiera tego w bawełnę. Jego język jest chropowaty, brudny i piękny zarazem. Jak piosenka grunge’owa grana
z pękniętym wzmacniaczem na zdewastowanej scenie.
Jest coś głęboko poetyckiego w tym chaosie. Każdy akapit zdaje się pulsować jak bas w dusznej sali koncertowej, gdzie wszystko się rozpada, ale właśnie w tym rozpadzie czai się prawdziwa wolność. Autor w niezwykły sposób ukazuje, że destrukcja może być formą poszukiwania – Boga, siebie, sensu, choćby i iluzorycznego.
„Radio Armageddon” to książka, która boli. Ale też leczy. Albo przynajmniej obiecuje, że ból ma jakąś funkcję. Nie daje odpowiedzi – zadaje pytania, które zostają z tobą na dłużej niż sama fabuła. To książka dla tych, którzy nie boją się spojrzeć w ciemność
i usłyszeć tam własnego głosu, odbijającego się echem między dźwiękami bębnów i krzyków.
Jako recenzent, ale przede wszystkim jako człowiek, dziękuję Żulczykowi za odwagę. Za to, że nie chciał przypodobać się nikomu. Za to, że napisał książkę, którą wielu uzna za zbyt ostrą, zbyt brutalną, zbyt brudną. Ale właśnie dlatego jest ona tak potrzebna. Bo mówi prawdę – a prawda wciąż, w tym kraju, w tym pokoleniu, ma ciężar kamienia.
Wydawnictwo: Świat Książki


