W literaturze nie chodzi wyłącznie o opowiadanie historii. Czasem — i w przypadku „Szopki” Zośki Papużanki jest to szczególnie wyraźne — literatura staje się narzędziem, które podważa mechanizmy pamięci, weryfikuje sposoby widzenia świata i staje się lustrem, w którym odbijają się wypaczone proporcje codzienności.
„Szopka” nie jest powieścią łatwą. To utwór, który opiera się klasycznej narracji, a zamiast linearnej fabuły oferuje szorstką mozaikę wspomnień, skojarzeń, ironii i melancholii. Papużanka z czułością i bezlitosną precyzją tworzy portret rodziny, jaką moglibyśmy znać — ale o której wolelibyśmy milczeć. Rodziny, gdzie miłość jest toporna, a bliskość ma temperaturę zamarzania. Przestrzeń domu przypomina tu scenę teatralną, ale zamiast aktorów mamy ludzi grających role, które już dawno ich przerosły. Nikt tu nie zna swojego tekstu. Nikt nie opuszcza sceny. Nikt nie kłania się po zakończeniu aktu.
Narrator, pozornie chłodny i zdystansowany, prowadzi nas przez świat widziany oczami chłopca — a może już mężczyzny, który dawno przestał wierzyć w możliwość zmiany. Jego język, najeżony ironią, pełen jest czułej goryczy. Papużanka opowiada, jakby przez zaciśnięte zęby, ale jednocześnie pozwala, by pod powierzchnią ironii tliło się wzruszenie. To opowieść o niekochaniu i o głodzie bycia zauważonym. O życiu w trybie biernym. O trwaniu, które nie przechodzi w działanie.
Szopka — jak wskazuje tytuł — nie jest tu tylko symbolem teatralności życia rodzinnego, ale także alegorią rzeczywistości, która zamienia się w widowisko, gdzie każda postać ma przypisaną rolę, dekoracje są tandetne, a kolęda brzmi fałszywie. W tym świecie nawet święta tracą sens, stają się kolejną sceną do odegrania, a dzieciństwo — groteskowym spektaklem, który trwa zbyt długo.
Papużanka pisze z rzadko spotykaną w polskiej literaturze współczesnej precyzją. Jej fraza jest gęsta, ciemna, często niemal poetycka, pełna rytmu i repetycji. Czytając „Szopkę”, miałem wrażenie, że język nie służy tu wyłącznie opowieści — on jest opowieścią. Czasem wystarczył jeden akapit, by poczuć, że pod powierzchnią tego pozornie znajomego świata coś się tli: gniew, zawód, tęsknota, a może tylko świadomość, że „normalność” to najtrudniejsze do zniesienia kłamstwo.
„Szopka” to książka o tym, że dzieciństwo się nie kończy. Że dorastanie nie zawsze oznacza dojrzewanie. Że czas nie leczy ran, jeśli nikt nie dotknął miejsca, które boli. To literatura, która nie szuka łatwego katharsis, nie oferuje happy endów. I może właśnie dlatego tak głęboko zostaje w czytelniku.
Zośka Papużanka oddała w nasze ręce książkę, która nie sili się na moralizowanie. Zamiast tego pozwala mówić tym, których zazwyczaj się nie słucha. Tę opowieść się nie czyta. Tę opowieść się słyszy — w myślach, w własnych wspomnieniach, w cichym, niepokojącym nuceniu kolęd, które rozbrzmiewają zbyt wcześnie i za długo.
To jedna z tych książek, które przychodzą nie po to, by pocieszyć, ale by przypomnieć, jak wiele zapomnieliśmy. I jak bardzo potrzebujemy tego przypomnienia.
Wydawnictwo: Świat Książki


